Jeżeli chodzi o społecznościówki, to wyszliśmy z Usenetu. Tam było prosto – się wysyłało się maile i ludzie odpowiadali mailem. Były różne grupy, kółka zainteresowań, a w nich wątki. A jak ktoś miał czytnik to szybko sobie pobrał wszystko (bo nikt nie dołączał do mejli zdjęć ani MP3, bo nie było jeszcze MP3 na świecie) i mógł się czegoś dowiedzieć i nauczyć.

Potem pojawiły się fora internetowe, gdzie w zasadzie było jeszcze prościej, bo nie trzeba było mieć pod ręką programu pocztowego, tylko przeglądarkę. Były działy, w nich wątki, oraz wyszukiwarka. Wciąż – można było do wiedzy wrócić po roku i ona wciąż tam była.

Obecnie trend jest taki, że dyskusje prowadzi się przez: grupowe czaty na whatsappie, grupowe czaty na messengerze, zespoły na slacku, yammerze, teams i ostatnio discordzie. Dzisiaj w zaproszeniu na discorda dla rowerzystów przeczytałem, że społeczność powstaje na discordzie, bo – uwaga – „tam łatwo wszystko znaleźć, bo rozmowy są pogrupowane w kanały”. Jako użyszkodnik wszystkich wymienionych, mogę powiedzieć, że „kanał” to zasadniczo dobre określenie dla tego postępu technicznego. W kanale, jak powszechnie wiadomo, płyną rzeczy. No i tak samo tam – płyną wypowiedzi pisane po jednym słowie w wierszu. Zaczyna ktoś wątek, a inni mu odpowiadają – często nieświadomie zakładając nowe wątki. Płyną łapki w górę, gif-y oraz xD. A ponieważ każdy może cię @oznaczyć, to płynie też bateria twojego telefonu, który nie przestaje brzęczeć. Więc go w końcu wyłączasz. Wtedy nie zauważasz, że było coś istotnie ważnego, co powinieneś wiedzieć. Dowiadujesz się o tym po czasie – przez telefon. Ale żeby odnaleźć wtedy ten wpis, musisz być zdeterminowanym niczym Andy Dufresne wiejący z Shawshank i w pełnym zanurzeniu przeczołgać się przez pół terabajta ścieków.

Napisałem ten przydługi wpis, żeby zwrócić Waszą uwagę na to, jak duży postęp technologiczny dokonał się w ciągu ostatnich dwudziestu lat w dziedzinie marnowania czasu.